JA slide show
 

Multimedia

Films
Songs
Gallery



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 11 gości i 1 użytkownik 
Uczymy się od siebie PDF Drukuj Email
UCZENIE SIĘ JĘZYKÓW WZBOGACA – NAS SAMYCH, NASZE ŻYCIE – POZWALA NAM CIĄGLE DOSKONALIĆ NASZĄ WIEDZĘ I UMIEJĘTNOŚCI.

Zanim przejdę do tego, co mam do powiedzenia na powyższy temat, zapraszam na „spotkanie” z niektórymi z moich obecnych i byłych uczniów. Bez nich nie byłoby mnie...

Mam na imię Jakub i 20 lat. Zaczynając drugi rok studiów w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie - mogę odnieść się do powyższego stwierdzenia w oparciu o moje osobiste doświadczenia. Języki obce fascynowały mnie od zawsze, najpierw jako hobby, potem jako narzędzie rozwoju osobistego. Trafiłem na szczęcie na dobrą, wymagającą i systematyczną nauczycielkę, która nie wahała się podejść do moich językowych predyspozycji i zainteresowań w sposób indywidualny podczas mojej nauki w liceum. Jej w dużej mierze zawdzięczam sukcesy w rozlicznych konkursach, nawet na szczeblu regionalnym i ogólnopolskim. Języki obce poszerzają spektrum widzenia świata, co pozwala mi nawiązywać kontakty z różnymi kulturowo ode mnie osobami, a także uczyć się poszanowania inności. Te górnolotnie brzmiące hasła staram się obecnie realizować przez działalność w Komisji Zagranicznej Samorządu Studentów UJ, a także stowarzyszeniu "Centrum Młodych Dyplomatów - Kraków", również działającym przy UJ. Realizując międzynarodowe projekty, takie jak konferencje, warsztaty, seminaria, dni kultury staram się pogłębiać i wykorzystywać moją znajomość języków obcych do przełamywania barier oraz poznawania odmiennych punktów widzenia. Poza tym te umiejętności wykorzystuję na codzień, np. pomagając pytającemu o drogę obcokrajowcowi, ale także na imprezach integracyjnych podczas realizacji projektów międzynarodowych. Tak rodzą się ciekawe znajomości, a nawet trwałe przyjaźnie.

Mam na imię Dorota. Obecnie rozpoczęłam naukę w trzeciej klasie o profilu językowym. 
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że owszem, jestem z tego zadowolona. Gdy ktoś mnie pyta, po co właściwie uczę się języków obcych, ciężko jest mi znaleźć taką odpowiedź, która byłaby: krótka i treściwa zarazem, taką, która w pełni by mnie satysfakcjonowała, oddawała istotę rzeczy. Myślę, że może już przestałam się nad tym zastanawiać, gdyż stało się to takie „oczywiste”, przyjęte niemal za „aksjomat”. Sama nauka języków daje mi poczucie spełnienia i satysfakcji. Jest to świetny obszar, w którym co prawda nie bez trudności, pracy 
i wytrwałości, ale jednak można dojść do perfekcji, bądź też „stanu podobnego”. To cieszy. Osobiście rzadko jestem z siebie zadowolona (ale wynika to głównie z cech mojego charakteru). Jednak zdaję sobie sprawę, iż na tej płaszczyźnie łączę przyjemne z pożytecznym. Po pierwsze ja to po prostu lubię, po drugie widzę płynące korzyści. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie w tej chwili zaprzestania nauki przede wszystkim angielskiego, lecz także języka niemieckiego. Bardzo ważny jest dla mnie również fakt, iż jest to wspaniała metoda ćwiczenia, ulepszania własnej pamięci, co jest niezwykle przydatne w praktycznie rzecz biorąc każdej innej dziedzinie. Uczenie języków obcych wymaga (samo)mobilizacji. Nauka języka angielskiego w liceum przyniosła według mnie ogromne zmiany w kształtowaniu zarówno mojej znajomości przedmiotu, jak też ukształtowania mnie samej. Przez okres jednego roku nauki w klasie z rozszerzonym programem języka angielskiego zyskałam więcej niż ucząc się trzy lata w gimnazjum, wliczając zajęcia dodatkowe. Plany swoje wiążę z językiem angielskim, choć nie wiem jeszcze w pełni, na co właściwie się zdecyduję. Wiem jedno. To, co realizuję teraz, planuję zakończyć pomyślnie. Wierzę w to i nie mam zamiaru ustawać w moich dążeniach.


Mam na imię Marcin, mieszkam w stutysięcznym mieście na Śląsku, mam prawie dwudziestkę na karku i w tym roku rozpoczynam studia w Uniwersytecie Jagiellońskim 
w Krakowie. Stwierdzenie, że języki obce były od zawsze mi bliskie byłoby nieco nad wyraz. Mój pierwszy – prawdziwy – kontakt z językiem obcym przeżyłem w trzeciej klasie podstawówki, kiedy to rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje angielskiego. Dziecku w takim wieku potrzebne do szczęścia jest wszystko, oprócz nauki, tym bardziej języka obcego, tak uważałem i ja. Z biegiem lat jednak moje przekonania uległy całkowitemu wypaczeniu, jednocześnie zdałem sobie sprawę ze znaczenia umiejętności komunikowania się w języku obcym. Przez całą szkołę podstawową uczyłem się tylko angielskiego, co w tamtym czasie zupełnie mnie satysfakcjonowało, jednocześnie dając względną możliwość porozumienia się za granicą. W liceum zacząłem naukę języka rosyjskiego, a kontynuowałem angielskiego, jako że trafiłem do klasy o profilu angielskim. Zmiana szkoły wiązała się również z diametralną zmianą sposobu nauczania – na bardziej efektywny, czyli lepszy. Na wyniki nie trzeba było długo czekać, języki obce, a szczególnie język Szekspira, pochłonęły mnie zupełnie, zdałem FCE w dość trudnym dla mnie z powodów osobistych momencie i moje aspiracje jeszcze bardziej się zwiększyły. W najbliższym czasie zamierzam przyłożyć się ponownie i przystąpić do egzaminu na wyższy „stopień wtajemniczenia”, a mianowicie CAE. Życzcie mi szczęścia.


Mam na imię Mateusz. Pomiędzy swoimi zainteresowaniami zawsze wymieniam języki obce i wszystko, co wiąże się z ich poznawaniem. Dla mnie nigdy nie oznaczało to wyłącznie ślęczenia nad książką i bezmyślnego zapamiętywania słówek i zwrotów. O wiele bardziej pociągające wydawało mi się poznawanie kultury ojczyzny danego języka. Z drugiej strony jednak, obca mowa nie oznaczała dla mnie nic innego jak tylko pomost przeciągnięty pomiędzy mną, a przedstawicielem innej nacji i kultury. Dlatego też poza angielskim uczę się włoskiego i niemieckiego. We własnym zakresie uczyłem się też przez pół roku hebrajskiego. Wszystko to pozwoliło mi znacznie poszerzyć wiedzę o nierzadko bardzo egzotycznych krajach. W szkole szczególny nacisk kładę na angielski, realizując indywidualny tok nauczania. Daje mi to możliwość poznania klasycznej literatury angielskiej, czy też zgłębienia tajników brytyjskiego systemu edukacji. Jest to z pewnością dla mnie duże wyróżnienie, nie waham się użyć określenia „szansa”. W roku 2001, jeszcze zanim stałem się uczniem liceum, przyszła pierwsza nagroda za lata nauki języka Szekspira. Udało mi się zdać egzamin FCE, z którego otrzymałem wysoką notę „B”. Niemniej jednak najwyższym wyróżnieniem i nagrodą dla każdego lingwisty jest możliwość bezproblemowego porozmawiania z obcokrajowcem w jego ojczystym języku.

Tyle oni. Młodzi ludzie, podobni do siebie a zarazem tak różni. Podobni jak cała młodzież świata, nasza przyszłość i nadzieja; różni jak bogactwo doświadczeń, które niesie za sobą uczenie się języków obcych.
Naukę języka angielskiego rozpoczęłam w klasie szóstej szkoły podstawowej. Mama zapisała mnie na kursy wieczorowe, prowadzone przez tzw. Uniwersytet Robotniczy. Uczęszczali na ten kurs wszyscy „od lat 5 do 95”. Na wspomnienie moich początków pobłażliwy 
i dobrotliwy uśmiech sam ciśnie się na twarz. Po roku, jak można się domyślić, kurs rozwiązano, gdyż kontynuować takiej nauki się zwyczajnie nie dało. Po tym roku jednak (po którym umiałam jakieś Good morning i How do you do?) wiedziałam, że nie chcę przestać uczyć się języka obcego. Było w nim coś, czego nie dawały mi inne dziedziny wiedzy: coś tajemniczego, nie odkrytego, nowego i tak diametralnie odmiennego od tego, czym żyłam do tamtej pory. Udało mi się kontynuować naukę na lekcjach prywatnych z nauczycielem, który wcześniej prowadził wspomniany przeze mnie kurs. Jemu chciałabym poświęcić kilka zdań, gdyż był to człowiek niezwykły...
Pan Zdzisław Cichy, bo o nim mowa, był na owe czasy jedną z bardzo nielicznych osób 
w naszym mieście, którzy nauczali języka angielskiego w czasie, gdy żadna szkoła podstawowa ani średnia nie oferowały nauki tego języka. Nie był on jednak anglistą 
z wykształcenia. Skończył filologię romańską. Studia przygotowały go do biegłego władania językiem francuskim, włoskim i rumuńskim czyli językami romańskimi. Języka angielskiego i hiszpańskiego nauczył się sam. Świetnie posługiwał się też rosyjskim i łaciną. Zatem można go nazwać poliglotą. Wybitny pedagog, wielki znawca kultur krajów, w których mówi się językami przez niego opanowanymi, człowiek wielkiego taktu i mrówczej pracy. To on zasiał we mnie to ziarenko, które zakiełkowało i dało siłę do rozpoczynania i kończenia kolejnych etapów nauki języka, poznawania kultury i cywilizacji krajów anglojęzycznych oraz innych aspektów z tą dziedziną związanych.
Zmarł przedwcześnie, w wieku 61 lat. Jego dzieło kontynuujemy my – podziwiający go do tej pory jego uczniowie – absolwenci filologii angielskiej, współcześni nauczyciele, do grona których z dumą należę.
Po trzyletnim etapie wstępnym, zdałam egzamin do jednego z bardziej znanych katowickich liceów, gdzie zmierzyłam się z wyzwaniem, któremu na imię było „profil z rozszerzoną nauką języka angielskiego dla zaawansowanych”. Nikt nie wiedział tam nawet, gdzie leży moje miasto, przez długi czas byłam w swojej klasie taką ciekawostką etnograficzną z jakiegoś „Jaworzna” (nawet wymówienie tej nazwy było trudnością dla moich koleżanek i kolegów 
z klasy, podobnie jak moje panieńskie nazwisko, które było rodem z Włoch, kraju pochodzenia mojej rodziny ze strony ojca). O tym, ze nie było mi tam łatwo, nie muszę chyba pisać. Cztery lata pokonywania odległości Jaworzno – Katowice i siebie samej; dla angielskiego, którego nie oferowała wtedy żadna jaworznicka szkoła... W drugiej klasie szkoły średniej przeżyłam pierwszy wyjazd zagraniczny: celem były Węgry. Tam zauważyłam, że nawet mój słaby angielski pomógł w porozumieniu z młodzieżą z innych krajów, dodał motywacji i bodźca do dalszej nauki. Ile satysfakcji przynosi pomyślne skomunikowanie się z obcokrajowcem w obcym języku wie ten, kto takie doświadczenia posiada. Ten wyjazd dał mi właśnie pierwsze odczucia tego typu.
Zdałam maturę. Wiedziałam wtedy jedno: muszę studiować filologię angielską. Stało się to moim celem i marzeniem. Jak się jednak okazało – nieosiągalnym. Były to czasy, gdy składało się jeden komplet papierów na jedną uczelnię, a egzaminy wstępne były wszędzie, 
w całej Polsce o jednej porze. Nie zostałam przyjęta na Uniwersytet Jagielloński. Było to dla mnie dużym ciosem, ale nie zrezygnowałam ze swego celu. Byłam zmuszona rozpocząć naukę w Policealnym Studium Ekonomicznym, gdyż tylko ta szkoła na owe czasy oferowała większą ilość godzin angielskiego i na wyższym poziomie niż inne szkoły policealne. Moim kierunkiem stała się „Stenotypia z korespondencją w języku angielskim”. Uczęszczałam tam dwa lata i muszę powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Szkoła ta dała mi poznać nowe obszary języka angielskiego, wprowadziła w niemiecki, dała mi nową wiedzę o sobie samej. Zdałam kilka ważnych egzaminów, jak choćby ten – Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą – oraz poznałam zasady tworzenia dokumentów i pism w języku angielskim a także wielu innych potrzebnych w moim obecnym życiu rzeczy.
Po skończeniu tej dwuletniej szkoły znów złożyłam podanie na studia dzienne tym razem na filologię angielską w Uniwersytecie Śląskim. Niestety, i tym razem się nie powiodło. Należało zatem podjąć pracę. Dowiedziałam się, iż istnieje dla mnie jeszcze jedna możliwość: jedyne wtedy w Polsce studia zaoczne na kierunku filologia angielska w Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Był jednak do pokonania jeden warunek: aby się wtedy dostać na te studia, trzeba było być czynnym nauczycielem języka angielskiego 
w jakiejkolwiek państwowej szkole...
Zebrałam wszystkie swoje papiery i spróbowałam „szczęścia”. Zostałam przyjęta do pracy 
w szkole podstawowej. Miałam tam uczyć języka angielskiego jako przedmiotu nadobowiązkowego a etat uzupełniać wychowaniem muzycznym. Los jednak tak chciał, że 
w jednym z liceów jedyna nauczycielka angielskiego poszła na urlop macierzyński, 
a Dyrektor tej szkoły, na swoje własne ryzyko (nie miałam przecież odpowiednich kwalifikacji!), przyjęła na jej miejsce mnie, dając mi tym samym szansę na spełnienie mojego marzenia. Po roku przepracowanym w liceum, zostałam dopuszczona do złożenia egzaminu wstępnego na upragnione studia. Osiągnęłam cel, otworzyłam tak długo zamknięte dla siebie drzwi, zdałam egzamin. Przyjęto tylko 15 osób z całego kraju. W tej szczęśliwej piętnastce znalazłam się tym razem i ja: zdeterminowana i szczęśliwa. 
Był to pierwszy zwrot w moim życiu. Studiując i pracując już w pełnym wymiarze w liceum ogólnokształcącym wiedziałam, co należy z tych studiów wnieść w swoje doświadczenie zawodowe. Z każdym rokiem studiów przekonywałam się, że praca nauczyciela (której dostąpiłam właściwie przez przypadek) była czymś dla mnie – zaczęłam się w tej pracy odnajdywać. Pracę magisterską z metodyki nauczania języka zatytułowaną Investigating Creativity Through Literature in ELT: Story Telling, Poetry and Drama nazywam do dziś „swoim pierwszym dzieckiem”. Obroniłam ją w roku 1994, a dwa lata później urodziła się moja córka. Zainteresowanie nauką języków wzrastało z czasem – szczególnie gdy wyjazdy zagraniczne zaczęły stawać się rzeczywistością. 
20 marca 1995 roku na własne oczy zobaczyłam to, o czym tyle czytałam. Swoim pomysłem wyjazdu do Londynu udało mi się „zarazić” 42 inne osoby i zorganizować wycieczkę szkolną do stolicy Wielkiej Brytanii. Patrząc z perspektywy czasu: ot, prozaiczna podróż, zwykli ludzie normalny autokar... Jednak wtedy było to duże przeżycie: pierwsza ważna podróż zagraniczna dla uczniów i dla ich nauczycieli i to gdzie! – do Londynu! Dziś wyjazdy już spowszedniały, wpisały się na stałe do harmonogramu wycieczek szkolnych, ale Londyn 1995 wszyscy uczestnicy wyjazdu będą pamiętać na długo. Pierwsze prawdziwe rozmowy z native speaker’ami języka angielskiego, pierwsze sukcesy w naturalnej komunikacji; wielki sprawdzian swoich możliwości i wspaniała próba sił. Wielu uczniów – uczestników tamtej wycieczki, aktualnie absolwentów filologii angielskiej, jest czynnymi nauczycielami języka. Jedna z nich uczy nawet w naszym liceum. Wróciła po latach, po zdobyciu kwalifikacji. Sukces komunikacji w naturalnych warunkach, tradycja i historia zobaczona własnymi oczami nie pozwoliły im spocząć, kazały pogłębić zdobyte doświadczenie. Londyn był wstępem. W ten sposób nasi uczniowie rozpoczęli „brytyjski szlak”, zaliczając po kolei Szkocję (1999), Walię (2000), Irlandię (2001), by każdego roku wracać do Anglii i uczyć się języka w naturalnym kontekście.
Rok 1997. Nie mogę nie wspomnieć o bogactwie doświadczeń, które zdobyłam jadąc do Hastings na południowym wybrzeżu Wielkiej Brytanii. Kilka miesięcy wcześniej napisałam pracę w języku angielskim Helping Correct Common Errors In English. Praca ta uznana została przez Wydawnictwo Heinemann za godną pierwszej nagrody, którą był udział 
w kursie metodycznym dla nauczycieli prowadzonym przez Jima Scrivener’a, wybitnego pedagoga angielskiego. Spotkanie z nauczycielkami (były same panie) z całego świata: Brazylia, Szwajcaria, Włochy, Argentyna, Niemcy, Francja i wiele innych państw, wymiana metod, poglądów, opinii – cudowna mieszanka stylów i kultur... Kolejne sprawdzenie siebie w innym kontekście, nabranie doświadczenia, przejście From Teacher to Facilitator (taki był temat kursu) czyli następny punkt przełomowy w moim życiu. Po powrocie nic już nie było takie samo. Jim zaszczepił w nas wszystkich (uczestniczkach tego niepowtarzalnego kursu 
w niepowtarzalnych warunkach) entuzjazm, we mnie utwierdzając tylko przekonanie, że praca nauczycielska może przynieść radość, satysfakcję i ogromne możliwości. Od tego czasu nie mogę się nadziwić nauczycielom, którzy twierdzą, że to praca nie zapłacona, że niewdzięczna, że nie warta zachodu – ludziom wypalonym, niechętnym, traktującym uczniów jak zło konieczne. Na szczęście jest ich niewielu w moim otoczeniu i niewątpliwie nie jest im znane pojęcie facilitator.
Poprzez wygraną z roku 1997 udowodniłam sobie samej, że nie trzeba mieszkać w wielkim mieście, że nie trzeba nauczać w elitarnej szkole, nie musi się mieć znajomości, żeby coś osiągnąć. Wystarczy po prostu mieć entuzjazm i wierzyć we własne siły i ... w uczniów, bo 
o nich teraz będzie mowa.
W roku 1999 przyszła do szkoły klasa I a, którą powierzono mnie, by sprawować tam wychowawstwo. W tej klasie znalazł się Kuba, którego wypowiedź przytoczyłam na początku. Od pierwszych swoich chwil w szkole dał się poznać jako osoba nietuzinkowa. Jego angielski był na wyśmienitym poziomie. Nie było pytania, na które nie potrafiłby udzielić doskonałej, pełnej rozbudowanej odpowiedzi. Przy tym był skromny i bardzo kulturalny, a mimo to nie był odludkiem. Jego umiejętności już wkrótce na tyle wyprzedzały możliwości i umiejętności uczniów z jego klasy, iż w drugim semestrze pierwszej klasy zdecydowaliśmy o przyznaniu mu indywidualnego toku nauczania z języka angielskiego. Kuba zaczął zgłębiać tajniki kultury, literatury i cywilizacji krajów anglojęzycznych, osiągać sukcesy w konkursach na szczeblu miasta, regionu, województwa i kraju, a ja zaczęłam dostrzegać, jakie korzyści dla mnie – nauczyciela – płyną z obcowania z takim intelektem. Dzięki nieprzeciętnym możliwościom jego umysłu zauważyłam ile mogę się nauczyć, słuchając jego wypowiedzi w języku angielskim na zadawane (często bardzo skomplikowane) tematy oraz czytając i poprawiając jego prace. Oprócz angielskiego Kuba nauczył się władać francuskim i rosyjskim. Dzięki naszym lekcjom indywidualnym, Kuba otworzył mi oczy na fakt, iż uczeń jest bogactwem dla nauczyciela; jest skarbnicą wiedzy, niezgłębionym źródłem wiadomości o świecie i ludziach i o samych nauczycielach czyli nas. Jeden z wielu, 
a jednocześnie człowiek niezwykły. Wystarczyło go tylko dostrzec w tłumie. Dzięki niemu zmienił się trochę mój wizerunek jako nauczyciela. Złagodniałam? Na pewno spokorniałam. Nie ma człowieka (ucznia), od którego nauczyciel nie nauczyłby się czegoś potrzebnego.
Rok 2000. Po raz pierwszy wzięłam udział w konferencji IATEFL (International Association of Teachers of English as a Foreign Language). Od tej pory należę do tego stowarzyszenia 
i uważam, iż każdy nauczyciel języka angielskiego w Polsce powinien o tej organizacji usłyszeć: by „być na czasie”, by „nie wypaść z obiegu”, by móc z siebie dawać uczniom to, co najlepsze i najnowocześniejsze. Na IATEFL przyjeżdżają sławy z całego świata, wielkie nazwiska z okładek książek znajdujących się w bibliotekach i księgarniach językowych: Jeremy Harmer, Michael Vince, Felicity O’Dell, Hugh Dellar to tylko niektórzy prelegenci na IATEFL Radom 2004. Do tego wszyscy liczący się wydawcy publikacji do nauki języka angielskiego, przedstawiciele innych organizacji jak np. British Council, Insett, biur turystyki młodzieżowej oraz wiele, wiele ciekawych wydarzeń towarzyszy co roku konferencji, która trwa trzy dni. 
Konferencja z Krakowa 2000 była szczególna nie tylko dlatego, że była dla mnie pierwsza. Przy jednym ze stoisk wystawców tamtej konferencji zainteresowałam się ofertą dwóch Angielek, które stały – bardziej nieśmiałe od innych prezentujących się tam osób – z książką zapisaną, a właściwie zabazgraną przeróżnymi wpisami osób z całego świata. Przechodziłam koło nich wiele razy, ale nie zainteresowałam się ową książką. Dopiero wieczorem drugiego dnia konferencji coś mnie popchnęło do rozmowy z tymi Paniami. Mary i Jagoda (dziś moje serdeczne przyjaciółki) dały mi do poczytania ową książkę: a tam wpisy wdzięcznych uczniów, studentów Solihull College, którzy mieli szczęście uczyć się angielskiego w sercu Anglii. Wywiązała się serdeczna rozmowa, wymiana wizytówek. W roku 2001 pierwsza przygotowana przeze mnie ekipa wyjechała do Solihull. Sam Dyrektor college’u, Ashok Naidu, podjął jedenastkę z Jaworzna w progach swojego domu, gotując dla młodzieży
i goszcząc ich wyśmienicie. Oprócz nauki, zabawy i sportu, wyjazdów na wycieczki do Stratford-upon-Avon, Oxford, Warwick, Birmingham i innych okolicznych miejsc, fantastycznej atmosfery i nowych przyjaźni Solihull College ubogaciło swymi propozycjami już czwartą w tym roku grupę z naszej szkoły.
Oczywiście, że na kursy zagraniczne mogą wyjeżdżać tylko uczniowie, których rodzice dysponują odpowiednią ilością gotówki. Nie jest to jednak jedyna forma rozwoju, choć najbardziej efektywna i chyba najprzyjemniejsza. Ostatnio szczególnie jest wiele możliwości tu, w kraju, by we własnej szkole tworzyć projekty międzynarodowe. Zanim zaproszę na www.lo2power.fr.pl i opowiem o naszym (moich uczniów!) udziale w konkursie PupilpowerCompetition, nie mogę nie wspomnieć o Przemku – motorze kolejnych moich działań, tym razem łączących język angielski z technologią informacyjną.
Wszystko zaczęło się niewinnie, od gazetki internetowej. W roku 2002, jesienią, przyszła do szkoły wiadomość, iż mamy możliwość skorzystać bezpłatnie z domeny i znajdującego się 
w jej obrębie generatora do tworzenia gazety internetowej. Pomysł był świetny, dający szerokie możliwości, tylko bardzo trudny do zrealizowania. Miałam jakieś pojęcie 
o komputerze i internecie, ale nie wystarczające wtedy, by móc stanąć na czele grupy prowadzącej gazetę internetową. Nie dawało mi to jednak spokoju. Zaczęłam pytać wśród uczniów, co myślą na ten temat, czy byliby chętni zaangażować się w takie przedsięwzięcie. Jako pierwszy chęć wyraził Mateusz (którego wypowiedź przytoczyłam na początku). Zdecydował się pełnić funkcję redaktora naczelnego. Nikt z naszej ekipy nie miał wtedy łącza stałego, często i o komputer było jeszcze ciężko, nie mówiąc o sprzęcie szkolnym. Jednak ryzyko podjęliśmy. Forum – nasza gazetka www.forum.iaw.pl ruszyła pod okiem Mateusza. Napotykaliśmy na wiele trudności różnego typu. Jeżeli jednak zbierze się grupa ludzi, którzy mają cel (i marzenia), wszystkie trudności da się przełamać i wyciągnąć z zaistniałych sytuacji i z życia zarazem jak najwięcej. Tak stało się i w naszym przypadku. Mamy obecnie pomieszczenie z nowoczesnym komputerem, zwane „Redakcją”, sponsora na domenę dla naszej gazety oraz w większości dostęp w domach do stałego łącza. Redakcja liczy przeciętnie około 10 osób. Każdy z nich podejmuje tę pracę, bo chce, bo widzi tam dla siebie możliwość rozwoju, sposobność nawiązania nowych wartościowych znajomości 
z ludźmi, którzy myślą podobnie, okazję do przekazania tego, co noszą w sobie: znajomości języków obcych, swoich przemyśleń i swojej wiedzy.
Od gazetki, do surfowania po przestrzeni anglojęzycznego internetu i odnalezienia nowych szans. Przedstawiona przeze mnie inicjatywa PupilpowerCompetition (stworzenia strony internetowej w języku angielskim w celu nawiązania kontaktów z całą anglojęzyczną młodzieżą świata), podjęta została przez wspomnianego wcześniej Przemka – wtedy ucznia klasy pierwszej z rozszerzonym programem nauczania matematyki i informatyki. Przemek jest kolejnym człowiekiem, który posiada w sobie entuzjazm. Trzeba było go zwyczajnie znaleźć wśród tłumu. Rozpoczął naukę w liceum ogólnokształcącym z dużą niechęcią do nauki języków obcych ogólnie rzecz biorąc. Na początku na lekcjach angielskiego siedział w ostatniej ławce i wyglądał na bardzo nieszczęśliwego. Każda kolejna lekcja języka była dla niego torturą. Zwrot nastąpił w bardzo śmieszny sposób. Klasa wykonała na lekcji projekt polegający na zebraniu informacji na temat zainteresowań swoich koleżanek i kolegów. Zapytałam, czy ktoś mógłby zebrane wyniki przygotować w domu w postaci wykresu, sporządzonego za pomocą komputera. Cała grupa wskazała na Przemka, że to właśnie on jest najlepszym informatykiem klasowym. Właściwie trudno było mu odmówić. Nie muszę chyba mówić, że efekt jego pracy był olśniewający. Porozmawialiśmy na temat jego informatycznych zainteresowań. Na lekcjach starałam się pytania w języku angielskim kierowane do niego formułować tak, by mógł mówić o tym, co dla niego interesujące (swoją drogą fascynującym jest, jak uczniowie potrafią przełamać opory, barierę nieznajomości słów i inne przeszkody, gdy mówią o rzeczach, którymi żyją na co dzień...). Przemek zaczął zmieniać powoli swoje wrogie nastawienie do nauki języka obcego. Przyjął propozycję kierowania gazetką internetową od strony technicznej, a następnie podjął wyzwanie stworzenia strony internetowej w języku angielskim. Ta strona to praca całego zespołu, kierowanego przez Marcina (jego wypowiedź umieszczona została na początku), który ofiarnie, jeżdżąc na rowerze, fotografował nasz region swoim aparatem cyfrowym, poprawiał artykuły innych (jako że był jedynym maturzystą w gronie młodszych kolegów), a także sam wiele napisał. Zrobił to wszystko dla satysfakcji... Redakcja strony, składająca się z takich osób jak na przykład Dorota (jej wypowiedź zamieściłam na wstępie) pracowała dniem 
i (niestety też czasem on-line) nocą. Przemek to wszystko zaprogramował i „posklejał” 
w stronę, którą serdecznie polecam. Ostatnio powiedział mi takie słowa: 
„W moim przypadku nauka języków to niezwykłe wyzwanie. Żyję w szczęśliwym związku 
z dziedziną wiedzy zwaną informatyką. Niestety albo na szczęście powyższy fakt zobowiązuje mnie do uczenia się języka angielskiego. Traktuje to jako konieczność, ale było nie było, ucząc się angielskiego w tym celu, nabywam wiedzy o którą sam bym się pewnie nie zatroszczył. Pomijając fakt, że uczę się o kulturach innych krajów mam jeszcze to szczęście, że nabieram umiejętności, które pozwalają mi wczytywać się w literaturę związaną 
z Technologią Informacyjną nie tylko w języku ojczystym. Jest to niezwykle istotne, ponieważ większość interesujących mnie publikacji jest dostępna tyko w języku angielskim.”

Dzięki gazetce, PupilpowerCompetition, konkursom językowo-informatycznym oraz Nauce Języka Wspomaganej Komputerem (CALL) stosowanej w Solihull College przez Anglików, zaczęłam myśleć o rozpoczęciu studiów na kierunku informatycznym. Bardzo się jednak bałam, że nie podołam. Moi uczniowie przekonali mnie jednak, że mogę to zrobić, że należy spełniać marzenia, że będziemy sobie pomagać. Uwierzyłam im, uwierzyłam we własne siły. Dziś zapraszam na www.lo2power.jaworzno.iap.pl/call - portalik, moją pracę dyplomową. Tak, właśnie zostałam absolwentką Technologii Informacyjnej i Informatyki w Szkole 
w Akademii Ekonomicznej. Gdyby nie gazeta i oni, nigdy nie podjęłabym tych studiów. 
W dzisiejszym zwariowanym świecie obowiązków ponad siły, stosów papierów do wypełnienia, braków w różnych dziedzinach pewne marzenia wydają się takie abstrakcyjne, że nie mamy śmiałości nawet o nich mówić głośno...
W bieżącym roku szkolnym wprowadzam do realizacji nowy autorski program do Nauki Języka Wspomaganej Komputerem (CALL), a pracuję we wspaniałej nowoczesnej pracowni internetowej wyposażonej w komputery typu Macintosh, prowadzę gazetkę internetową, jeżdżę co roku do Solihull College z uczniami, myślę o kolejnych etapach i przełomach, które przede mną. Wiem, że wielu patrzących z boku myśli, że jestem dziwna...
Kilka dni temu przyszła do mnie Kamila. Przyniosła piękny bukiet róż. Dostała się na filologię angielską w Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wszystko postawiła na jedną kartę: papiery składała tylko tam.
Życzę wszystkim (niemodnego w dzisiejszych czasach) ENTUZJAZMU