JA slide show
 

Multimedia

Films
Songs
Gallery



Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 23 gości i 1 użytkownik 
WARTO BRAĆ UDZIAŁ W KONKURSACH PDF Drukuj Email
WARTO BRAĆ UDZIAŁ W KONKURSACH ORGANIZOWANYCH 
PRZEZ WYDAWNICTWA DLA NAUCZYCIELI JĘZYKÓW OBCYCH ...

Gdy się mieszka w małym mieście, w którym tradycje związane z nauczaniem języka angielskiego są stosunkowo małe, trudno o jakiekolwiek informacje dotyczące doskonalenia swoich umiejętności nauczycielskich, w szczególności zagranicą.
Dostęp do tego typu informacji miał mi otworzyć konkurs, zorganizowany przez wydawnictwo Heinemann, pod hasłem Win the Apple Pie Scholarship. Z końcem roku szkolnego 1996/97 wydawnictwo rozesłało do nauczycieli języka angielskiego szczegóły związane z konkursem. Warunkiem zakwalifikowania się do współzawodnictwa było napisanie pracy pod tytułem Helping Correct Common Errors in English. Główną nagrodę stanowiło wzięcie udziału w kursie metodycznym dla nauczycieli w International House w Hastings (Wielka Brytania). Zdobywcy następnych miejsc mieli być uhonorowani nagrodami książkowymi. Wszyscy uczestnicy konkursu, niezależnie od wyniku, mieli otrzymać informacje dotyczące kursów w Wielkiej Brytanii. Tu otworzyła się szansa dowiedzenia się czegoś więcej o możliwościach doskonalenia nauczycielskich umiejętności.
W duchu miałam nadzieję wygrać jedną z bardzo poczytnych pozycji książkowych Heinemann’a (książki te są dosyć drogie, a kieszeń nauczyciela szczupła), ale nigdy nie przypuszczałam, że spisane przeze mnie doświadczenia, wypracowane przez osiem lat pracy z młodzieżą II Liceum Ogólnokształcącego w Jaworznie, zostaną ocenione najwyżej. Dlatego też telefon informujący o wygranej, który otrzymałam w końcu czerwca od pani Marii Birkenmajer - konsultantki wydawnictwa Heinemann - był dla mnie bardzo wielkim przeżyciem. Gdybym wygrała samochód w jakimś konkursie, nie byłabym tak zadowolona, jak z możliwości wyjazdu na szkolenie do Wielkiej Brytanii. Uczenie języka angielskiego bowiem jest moją wielką pasją, którą dzielę pół na pół z życiem rodzinnym.
Miałam możliwość wyboru tematu kursu i bardziej losowo niż z przekonania wybrałam kurs From Teacher to Facilitator. Temat ten niewiele mi mówił, ale brzmiał zachęcająco. Jak bardziej pomóc w uczeniu niż uczyć? Jak zachęcić, nawet tych najbardziej opornych, do nauki języka? Zawsze frapowało mnie to zagadnienie....

molo

P O D R Ó Ż Moja radość z otrzymanej nagrody była tym większa, iż do Wielkiej Brytanii polecieć miałam samolotem. Nigdy przedtem nie podróżowałam w ten sposób, za wyjątkiem krótkiego lotu z Gdańska do Krakowa bardzo dawno temu. Z radosnym niepokojem oczekiwałam na ową podróż. Ze strony wydawnictwa Heinemann wszystko było „dopięte na ostatni guzik”, nawet to, że mogłam zacząć swą podróż z pobliskich Balic. Podróż była bardzo wygodna i pełna wrażeń. Na lotnisku w Gatwick, w Londynie, poczułam się swojsko, choć to ogromne lotnisko. Może dlatego, że już w samolocie poznałam siedzącą obok mnie angielską nauczycielkę z college’u, która wraz za swoim przyjacielem wracała z wakacji spędzonych w Polsce. To ona wskazała mi wszystkie miejsca na lotnisku - miejsce odbioru bagażu, odprawy paszportowej, stanowiska kas kolejowych, peron, z którego odjeżdżał mój pociąg do Hastings. I tu mogłam skonfrontować swój „wyuczony angielski” z życiem - bardzo użyteczne doświadczenie. Pociąg zawiózł mnie do samego Hastings - pięknej miejscowości położonej nad morzem.

R O D Z I N A G O S P O D A R Z Y (H O S T F A M I L Y ) Z panią Pam Spayne, u której miałam zamieszkać na tydzień mojego pobytu W Wielkiej Brytanii, rozmawiałam tuż przed wyjazdem przez telefon. Energiczna, szybko, ale wyraźnie mówiąca Angielka, wydała mi się nieco urzędowa i oschła. Potem przekonałam się, że telefony w Anglii nie służą do „rozgadywania” się, lecz do załatwiania spraw. Pam wyjechała po mnie na stację kolejową. Już przy pierwszej konfrontacji okazało się, że będę się wspaniale czuła w Hastings. Pam była młoda, bardzo bezpośrednia i naprawdę zainteresowana swoimi gośćmi. Jej dom, typowo wiktoriański, pełny był przeróżnych bibelotów pochodzących z epoki i miał swój specyficzny klimat. Był ogromny i nie brakowało w nim również elementów nowoczesnych. Codziennie miałam dostęp do brytyjskiej telewizji i radia, które miałam w swoim pokoju pełnym kwiatów, owoców, figurek, pamiątek, stylowych mebli i książek - zupełnie jak z powieści Thackeraya czy Dickensa. Wiele zyskałam dzięki rozmowom z moją gospodynią, ale uświadomiłam sobie też, że języka wciąż trzeba się uczyć i go doskonalić, szczególnie, gdy miałam możność zamienić kilka słów z pochodzącym z Liverpool mężem Pam, którego akcent a częstokroć słownictwo i wymowa tak bardzo się różniły od „oficjalnego” języka angielskiego.

S Z K O Ł A Kolejnym moim pozytywnym doświadczeniem było pójście do szkoły International House w Hastings. Imponujące gmaszysko, zwrócone oknami na otwarte morze ze specyficzną dla tych stron cechą - pływami. Wiele pięter, przyjazna kadra nauczycielska, bardzo pomocni i uprzejmi pracownicy administracji. Nikt z pracowników nigdy nie był zły, zmęczony czy zniechęcony a przynajmniej nigdy nie dali tego po sobie poznać. W szkole niczego nie brakowało - dobre wyposażenie, klub-kawiarnia, miłe stylowe wnętrze, dobrze zorganizowany plan tzw. social activities, czyli popołudniowych zajęć rozrywkowo-kulturalnych dla uczestników letnich kursów językowych, metodycznych i innych. Nie mogę tu nie wspomnieć o imprezach, w których wzięłam udział, a więc o pokazie fajerwerków nad ruinami historycznego zamku, pamiętającego czasy Wilhelma Zdobywcy, o wspaniałym wykładzie Billa Harrisa Using Songs in Your Teaching, uzupełnionym wspólnym śpiewem i miłą pogawędką, który odbył się w znanym na całą okolicę Jenny Lind Hotel i o wycieczce do Bodiam Castle - zamku otoczonego wodą, a potem „uczcie” w pobliskim Beauport Park, gdzie w otoczeniu pięknej roślinności, ogrodów i fontann, wraz z innymi studentami - nauczycielami mieliśmy sposobność skosztować słynnego miejscowego posiłku o nazwie cream tea...i wielu, wielu innych. Aż trudno uwierzyć, że można tyle atrakcji przeżyć w ciągu krótkiego tygodnia upalnego (choć to Wielka Brytania ) lata. 

K U R S Wszystkie powyżej spisane doświadczenia są jedynie tłem dla największego przeżycia, w którym dane mi było uczestniczyć, pięciodniowego kursu From Teacher to Facilitator. Wykładowcą okazał się być sam dyrektor studiów w International House - Jim Scrivener - znany w wielu krajach nauczyciel i metodyk, autor popularnej (i naprawdę wartej przeczytania) książki Learning Teaching. Nazwanie go wykładowcą to w zasadzie błąd. On był tym, co oddaje jedynie angielskie słowo facilitator, kimś, kto jest obecny na zajęciach czy lekcji, kto pomaga, doradza, podpowiada, upewnia, dopinguje. Kurs, w którym dane mi było uczestniczyć, miał niepowtarzalną atmosferę, na którą składał się sam temat, wyjątkowa postać Jim’a Scrivener’a , piękna pogoda, szum morza oraz siedem Brazylijek, jedna Francuzka, jedna Holenderka, jedna Szwajcarka, jedna Niemka, dwie Włoszki, jedna Argentynka i ja - jedna Polka. Piętnaście kobiet od lat 21 do 60, a już po pierwszym dniu zajęć miałyśmy uczucie, jakbyśmy się znały od zawsze i świetnie rozumiały - te same szkolne problemy, jak świat długi i szeroki, te same radości i smutki. Kurs wydobył z nas wiele zwierzeń i opowiadań o własnych doświadczeniach - taki był jego charakter, więc tym bardziej się ze sobą zżyłyśmy. Trudno się było rozstać przy zakończeniu. A i nauczyciel /facilitatior, jedyny mężczyzna w naszym gronie, nie czuł się źle - sam powiedział, że udzieliła mu się owa „niezwykła atmosfera”. Wiem teraz, po odbyciu tego właśnie kursu, iż nauczania musimy się całe życie uczyć, że to proces trudny i pracochłonny, a zarazem bardzo delikatny. Uczeń to istota wrażliwa, samodzielna, a zarazem potrzebująca wsparcia ze strony kogoś, kto wie więcej, kto może pomóc. Zrozumiałam, ile już za mną, ale myślę, że najlepsze przede mną.
Kurs From Teacher to Facilitator uświadomił mi w pełni trafność wyboru zawodu. Szczególnie, iż moje doświadczenia przelane na papier zostały tak wysoko ocenione przez jury złożone z nauczycieli International House w Hastings i przedstawicieli Heinemanna. Takie wyróżnienie mobilizuje i nie pozwala poddać się, gdy nachodzą człowieka wątpliwości. 

H A S T I N G S Miasto, które poznałam (obok turystycznego Brighton), ma swą specyficzną atmosferę. Latem więcej w nim studentów i turystów niż mieszkańców. Ulica tętni życiem. Wieczorem molo pełne jest wielojęzycznej młodzieży bawiącej się w dyskotekach lub po prostu spacerującej nad morzem. Stare miasto wraz z jego pubami, maleńkimi sklepikami z pamiątkami i wąskimi zabytkowymi uliczkami darzy turystów swoim urokiem. Wiele tu historii - zamek z 1066 roku, jaskinia przemytników, port rybacki, muzeum historyczne, kolejki szynowe wzdłuż wschodniego i zachodniego zbocza i wiele innych. 
Wszędzie nowoczesność przeplata się z historią, Brytyjczycy mieszają się z cudzoziemcami, pośpiech miasta ze spokojem alejek spacerowych między monumentalnymi budowlami sprzed lat, otwarte morze z ciasną zabudową miejską, przyjemność z pracą, przypływ z odpływem... 
I tylko szkoda, że czas nieubłaganie płynie i trzeba wracać do domu, by tu w swoim środowisku polskiego miasta, pielęgnując wspomnienia, dawać z siebie to, co najlepsze.
Dziękuję pani Marii Birkenmajer i panu Tomaszowi Matulewiczowi z wydawnictwa Heinemann za zorganizowanie wszystkich formalności związanych z wyjazdem, dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi zdobyć doświadczenie w pracy nauczycielskiej oraz młodzieży II Liceum Ogólnokształcącego w Jaworznie. Warto podzielić się tym, co nosi się w sobie - warto zmienić swoje myślenie. By lepiej i pełniej przechodzić from teacher to facilitator. Warto brać udział w konkursach organizowanych przez wydawnictwa dla nauczycieli języków obcych.